Rozmowy o prawie

Potrzebna jest zmiana prawa. Pracownicy sklepów muszą wiedzieć jak udzielić pierwszej pomocy.

Jak zykle, w dniu poprzedzającym wolny od pracy dzień, miałam swoiste szczęście i sprawa, w której uczestinczyłam przedłużyła się tak, że wychodziłam z sądu w czasie, gdy parking opuściło już większość pracowników i "klientów". Część z nich spotkałam w osiedlowym sklepie, do którego musiałam trafić ze względu na wolny od pracy dzień, by nie pozostać bez chleba.

Cóż to ma do rozmów o prawie powie ktoś? A no ma. Bo chodzi o to, co się zdarzyło w sklepie. Kiedy chodziliśmy z mężem po sklepie, w pewnym momencie doszlo do zdarzenia, które sprawiło, że poczułam pottrzebę zmiany w prawie.

Podeszliśmy z wózkiem do lad chłodniczych z surówkami. Kiedy wybierałam surówkę na wczorajszy obiad usłyszałam podniesiony głos męża. Obróciłam się przez prawe ramię i zobaczyłam człowieka "lecącego" w powietrzu z wózkiem sklepowym. Gdybym obróciła się przez lewe ramie, to zobaczyłabym, że wcześniej mąż został uderzony przednimi kółkami wózka w górną część pleców i wepchnięty jego ciężarem w ladę chłodniczą. Człowiek, który "leciał" z wózkiem padł na podłogę bez życia. Z nosa ciekła krew. Nie ruszał się. W pierwszym momencie wyglądało na to, że doszło do najgorszego.

Nigdy się nie odwracam w takich przypadkach. Można powiedzieć, że automatycznie znalazłam się przy tym człowieku. Mimo, że nie był wzorcem czystości przekładałam go do pozycji bezpiecznej, próbowałam nawiązać z nim kontakt. W tym czasie mąż powiadomił pracowników sklepu o wypadku.

Może nie dacie wiary, ale przez pierwsze dwie, trzy minuty, dopóki mąż nie wrócił z pracownikami sklepu, ludzie odwracali się i szerokim łukiem omijali miejsce zdarzenia. Nikt nie pomógł. Po kilku minutach, gdy na miejscu byli już kompletnie bezradni pracownicy sklepu, w pomoc zaangażowała się jakaś kobieta, która połączyła się z pogotowiem i prosiła o przyjazd karetki.

Mimo, że sytuacja wyglądała bardzo źle, bo przez pewien czas była obawa, że człowiek ma atak padaczki, w pewnym momencie doszło do przełomu. Poszkodowany zerwał się na równe nogi i jak gdyby wiedział doskonale, gdzie jest wyjście awaryjne, ruszył do pobliskich drzwi ewakuacyjnych. Nie wiem, co go motywowało, ale chciał uciec. Młody pracownik sklepu nie radził sobie z sytuacją.

Teraz wracam do rozważań o prawie. Myślę, że zamiast majstrowania w ustawach o najważniejszych dla państwa sprawach, warto pomyśleć, przedyskutować i przegłosować zmiany w prawie idące w kierunku wprowadzenie prawnego zobowiązania dla sklepów wielkopowierzchniowych, by posiadały obowiązkowo podstawowy sprzęt reanimacyjny i by na każdej zmianie znajdowała się minimum jedna osoba posiadająca kwalifikacje do udzielania pierwszej pomocy. Bywa, że w sklepach wielkopowierzchniowych przebywają jednorazowo dziesiątki osób. Każda z nich może mieć ukryte wady serca, każda z nich może doznać udaru lub ataku padaczki. Oczywiście, wśród klientów może być lekarz, który pośpieszy z pomocą, mogą być osoby bez społecznej znieczulicy, ale równie dobrze może być tak, że nikt się nie ruszy. Gdyby miało tak być, że nikt się nie ruszy, to od pomocy pracowników zależeć będzie zdrowie lub życie poszkodowanego. Jeżeli jednak nie będą do tego przygotowani, to może być różnie. Wczoraj pracownicy sklepu zupełnie nie zdali egzaminu. Nie potrafili się zachować w sytuacji zagrożenia. Gdyby jednak obowiązywało prawo, które nakazuje choć jednemu z nich mieć kwalifikacje do udzielania pierwszej pomocy, to oni mogliby być liderami w udzielaniu pomocy. Nie powinno być tak, że jest to sklepom obojętne.

Beata Nowakowska

Adwokat Gdańsk