Rozmowy o prawie

Nie należy lekceważyć ryzyka powodzi. Refleksje po lekturze teskstu na rp.pl.

Przeczytałam właśnie tekst na portalu rp.pl, który wspomina o pomyśle na wprowadzenie uproszczeń w formalnościach wodnoprawnych. Pomysły dotyczące liberalizacji procedur związanych z budową stawów przydomowych do 500 m, kąpielisk, czy pomostów wydają się wychodzić na przeciw potrzebom społecznym, ale nie oszukujmy się zapotrzebowanie nie jest takie wielkie.

W innym akapicie tekstu przeczytałam, że w ramach nowelizacji prawa wodnego autorstwa psołów PiS przewidziano istotną zmianę w zakresie map zagrożeń powodziowych. Jak napisał autor tekstu, to od woli samorządu zależeć ma to, czy informacje o zagrożeniach powodziowych zostaną uwzględnione w planach zagospodarowania przestrzennego czy nie. Na dziś mapy są przygotowywane, bo takie są dyrektywy unijne. Gminy mają ustalenia dotyczące zagrożeń powodziowych wprowadzić do swoich planów miejscowych do kwietnia 2018.

Autor pisze dalej, że zdaniem władz niektórych gmin informacje na przygotowywanych mapach mają się nijak się do rzeczywistości, albowiem zakłada się możliwość wystąpienia zagrożenia powodziowego w miejscach, w których wydaje się to niemożliwe. Podaje przy tym jako nielogiczny przykład Gdańska, gdzie wodą od Bałtyku może być zagrożona stocznia, Młode Miasto. Mówi, że dla takich nielogiczności gminy nie chcą uwzględniać map przeciwpowodziowych w swoich planach.

Jako mieszkanka nadmorskiej części Gdańska mam nadzieję, że do zmiany nie dojdzie. Nie dość, że widziałam nie raz kanały portowe w czasie tak zwanej "cofki", gdy wiatr wiejący od morza wpycha wodę do portu, to jeszcze kilka lat temu wypompowywaliśmy wodę z kanału w garażu. Obecnie, gdy mąż zrobił drenaż wokół budynku i zamontował studnie, z których wodę może wypompować, problemu wilgoci nie mamy.

Pamiętam też powódź w Gdańsku i to co się działo na ulicach, które logicznie rzecz biorąc nie leżą w strefie powodziowej. Ale okazało się, że powódź może przyjść nie tylko z rzeki, ale również z ulic silnie zurbanizowanego miasta. Brak zbiorników retencyjnych lub ich zbyt mała pojemność sprawiają, że ulicami Gdańsk płynie czasami woda spływająca z górnych części miasta. Nie dalej jak latem tego roku w mojej dzielnicy zalana została ulica sąsiadująca z moją, Dwa obniżenia terenu i duży opad sprawił, że kanalizacja burzowa była przepełniona i ludzie wylewali wodę z domów. Warto o tym wiedzieć, warto takie dane nanosić na mapy. Nikt wtedy nie będzie mógł powiedzieć, że czuje się pokrzywdzony, bo nikt mu nie powiedział, że w miejscu, w którym wybudował dom, raz na sto lat pojawia się wielkie rozlewisko po długiej zimie.

Beata Nowakowska

Adwokat Gdańsk