Rozmowy o prawie

Czy myślisz, że ubezpieczyciel nie wykorzysta wykluczenia, by nie zapłacić za nogę złamaną na nartach?

Okoliczności zawodowe sprawiły, że podjęłam kilka lat temu twardą decyzję biznesową. Nie mając szansy na zastępstwo w trakcie spotkań z klientami mojej kancelarii postanowiłam nie wyjeżdżać na dłuższe wakacje dbając o ciągłość spotkań z klientami. Trudna decyzja biznesowa obowiązywać będzie jeszcze do lipca, gdy moje starsze dziecko uzyska uprawnienia do występowania przed sądami, prokuraturą lub urzędami.

W związku z tą niezbyt przyjazną decyzją mojego pracodawcy (jestem okropna) nie jest dla mnie problemem to, jakie ubezpieczenie wybrać przed wyjazdem na narty w Alpy lub Dolomity. Nie stanowi też dla mnie problemu to, jakie wyłączenia stosuje ubezpieczyciel.

Wraz ze stabilizacją w kraju, od lat co raz popularniejszym staje się zawieranie umów ubezpieczenia zabezpieczającego nas w przeróżnych przypadkach. Między innymi chodzi o wariant ubezpieczenia zabezpieczający przed skutkami upadku na stoku narciarskim. Problem w tym, że Polak czyta głównie to, co mu przysługuje i kwotę do zapłaty. Najczęściej nie czytamy rozdziału Ogólnych Warunków Ubezpieczenia, który dotyczy wyłączeń odpowiedzialności ubezpieczyciela. A to nie jest mądre, bo właśnie ten rozdział zawiera najważniejsze informacje.

Nie czytamy, a później dziwimy się, że ubezpieczyciel odmawia wypłaty świadczenia, bo w chwili wypadku poszkodowany miał we krwi alkohol lub wcześniej spożył środek, którego działanie wywołuje skutki podobne do spożycia alkoholu.

Niezależnie od tego, w jakim kraju jesteśmy, jakie są limity poszczególnych stanów, w których można być po spożyciu alkoholu, te limity istnieją i bardzo łatwo je przekroczyć. Wystarczy wyjść z restauracji na stoku zbyt szybko po wypiciu piwa lub grzanego wina. Wypadek tuż za drzwiami restauracji może skończyć się tym, że medycy stwierdzą obecność alkoholu w organizmie poszkodowanego. W tym momencie rozpoczynają się schody. Strome schody.

Warto podkreślić, że wcale nie musi chodzić o pana, który poprzedniego dnia spożył pół litra whisky, ale o panią, która wypiła grzane wino, albo popularne w Dolomitach Bombardino. Również one mogą spowodować negatywne konsekwencje. A jedną z najważniejszych z nich jest to, że warunek trzeźwości na stoku, na który zgodziliśmy się podpisując umowę ubezpieczenia przestaje być ważny. 

Czy na prawdę myślicie, że ubezpieczyciel, niezależnie od tego, jak liberalny, nie skorzysta z przywileju odmowy wypłaty odszkodowania, w chwili doszukania się nawet najmniejszej naszej wpadki?

Nie chcę umoralniać. Ale muszę stwierdzić, że dzisiaj w karczmie na pięknym stoku narciarskim w Przywidzu widziałam, że na większości stołów stało piwo. Ja piwa nie piję, a mąż, który dzisiaj miał dyżur kierowcy nie narusza obowiązku pełnej wstrzemięźliwości, nawet nie wspomniał o tym, że napiłby się piwa po powrocie. Ale ludzie w kombinezonach narciarskich pili. Podejmowali ryzyko. Wiem, że szansa na to, że na stoku w Przywidzu pojawi się policyjny patrol narciarski jest znikoma, ale na jedynej drodze dojazdowej do głównej drogi może stanąć patrol  drogówki. Wiem też, że w przypadku wypadku narciarskiego jedną z procedur medycznych będzie mogło być sprawdzenie trzeźwości w ramach badania krwi. Czy warto ryzykować bezpieczeństwo swoje i innych? Czy nie lepiej wypić wodę? Czy nie lepiej zastanowić się nad ryzykiem jakie niesie prąd w kuflu piwa lub rozgrzewającej herbaty?

Beata Nowakowska

Adwokat Gdańsk